Strony w kategorii: Opowiastki

Strzały znikąd

04 jun
2021

Zwiedzaliśmy Warmię. Tego wrześniowego dnia, gdy wjechaliśmy do Reszla, słońce świeciło mocno i mimo jesiennego czasu było w stanie rozpędzić zefirki do prędkości prawie huraganu. Wicher owiewał zamek i kościół, prawie wszystko co składało się na niewielką mieścinę na skraju Warmii, opodal świętej Lipki. Miasto kiedyś potężne, obronne ale i artystyczne. Żył tam Ignacy Krasicki, swoje ostatnie lata spędził Franciszek Starowieyski. Kilka lat temu zamek reszelski był w remoncie, a ryneczek nie tak piękny jak dziś. Jedyną atrakcją miasteczka była kościelna wieża. Nad miastem góruje kościół farny - wyższy od zamku. Wieża na którą można wejść za drobnym datkiem marności nad marnościami. Podróż w górę najpierw po kamiennych schodach, potem drewnianymi schodami w studni wokół murów, potem kilkoma przebiegami po gigantycznych drabinach kończy się przy świetliku na dach.

Czytaj dalej

Long Rysiek

26 mar
2021

Ćwierć wieku temu (jej, jak to brzmi) miałem przyjaciółkę, której ojczym był radioamatorem. Facet miał szajbę na punkcie komunikowania na falach krótkich. Na dachu bloku w którym mieszkał zbudował ogromną obrotową antenę. Nawiązywał połączenia z połową świata. Miarą sukcesu hobbystów DXiarzy są kartki potwierdzające nawiązanie połączenia – QSL. Małe, wielkości karty kredytowej obrazki z nazwą stacji z którą nastąpiło połączenie. Radioamatorzy wymieniali się drogą pocztową tymi karteczkami. Obie strony wysyłały je sobie dla sportu. Na ścianach ojczyma mojej przyjaciółki wisiały setki jak nie tysiące tych QSLek. Facet był chyba najlepszy w kraju. Był wręcz zasypywany DXowymi QSLkami. Długo nie potrafiłem pojąć dlaczego. Ani nie miał największej anteny w Polsce, ani nie miał największych nadajników – ot jeden z wielu radioamatorów. A jednak DXował hurtowo. Aż któregoś dnia pojąłem.

Czytaj dalej

Wyprawa

19 mar
2021

Dawno dawno temu (jakieś 30 lat) z przyjacielem poszliśmy w warmińską głuszę na WYPRAWĘ. Po latach doszliśmy do wniosku, że dla obu z nas było to jedno z najważniejszych formujących przeżyć. Przeczytajcie jak mój przyjaciel Marcin Piotrowski zapamiętał te kilka dni.

Czytaj dalej

Rometo i Julietta

09 mar
2021

Połowa pierwszej dekady XXI wieku. Wybrzeże. Wielki zlot harleyowców. Filmujemy. Rozmawiam z organizatorem o wieczornym koncercie, czy mam go nagrać czy nie, jak to będzie wyglądać. Facet kręci, „nie wie”, „nie za bardzo”, „nie wiadomo co z prawami zespołu”. W końcu postanawia powiedzieć co mu na wątrobie leży.

- Wiesz, że tam będą gołe panie na scenie? Nie płacimy im za kamerowanie!

- Wiem że panie ze zlotu potrafią wejść na scenę i pokazać gdzie stały w kolejce jak bozia dawała biust i pupę.

- No ale są też profesjonalistki!

- To się wytnie!

Czytaj dalej

Niewiarygodne

09 mar
2021

W 1982 roku nie było w Polsce za fajnie, zwłaszcza dla dziesięciolatka. Zabawki były wtedy trochę inne jak dziś. W sklepie sportowym, w którym za trampkami ustawiały się kolejki, bez problemu można było kupić zestawy do badmintona, piłeczki do pingponga (paletki, zwłaszcza chińskie, były rarytasem) i zabawkowe łuki z włókna szklanego. Ot, półtorametrowy kawałek wędki z gumowym uchwytem po środku i sznurkową cięciwą. No i kiedyś z nudów sobie coś takiego za kieszonkowe kupiłem. A może namówiłem mamę, by mi na ten łuk dała pieniądze? Fakt faktem, że zostałem właścicielem łuku. W komplecie były trzy strzały. Okrągłe listewki, około 40 centymetrów, brzechwy plastikowe, na końcu zamiast grotu gumowa kulka. Strzelanie z łuku, którego strzały nie wbijały się w cel było frustrujące. W Czujczynie (taki sklep dla harcerzy za PRL) za niebotyczne pieniądze można było kupić profesjonalne strzały z grotami. Chyba nawet mój przyjaciel miał takie. Zamiast odpadać od celu, potrafiły się fajnie wbić w drzewo i tak zostać. No, ale ja nie miałem takich mega strzał. Potrzeba matką wynalazku. Po kilku próbach zaostrzenia tych zabawkowych strzał (bez kulki niestety źle latały zmieniając kierunek) z metrowych listewek, sześciocalowych gwoździ, motka szpagatu stworzyłem strzałę idealną. Miała metr (ponad dwa razy więcej od oryginału) i dzięki ciężkiemu czubkowi prosty tor lotu. Zasięg dobrze strzelonej strzały był gigantyczny. Udawało się przestrzelić taką strzałą nad dziesięciopiętrowym wieżowcem.

Czytaj dalej

Architekt

09 mar
2021

Kilka lat temu w ramach jakiegoś roadshow fotograficznego zawiało nas do podwarszawskiej miejscowości. Specjalnie nie napiszę jakiej, bo lubię swoje kolana. W miejscowości owej był obiekt, właściwie to OBIEKT. W OBIEKCIE znajdował się hotel. Nie byle jaki. Ogromny, wtedy jeszcze w budowie. Na drodze dojazdowej w kapuścianym szczerym polu stała dziesięciometrowej wysokości brama, nieeee, nie brama, łuk tryumfalny – łuk tryumfalny unii europejskiej – jak wyjaśniała inskrypcja na szczycie. OBIEKT otaczał parking. Nieogrodzony. Na środku parkingu budka strażnika. Strażnik drzemał sobie w owej budce, nie zwracając specjalnie uwagi na samochody. Uwaga była zwrócona na szklaną gablotkę w środku budki strażnika. W gablotce może nie pozłacany, ale całkiem ładnie wyeksponowany kałach.

Czytaj dalej

Badausznik

01 mar
2021

Kiedy miałem pięć, może sześć lat, byłem już niezłym entomologiem. Znałem już muchy, pszczoły i trzmiele (łapało się je w pudełko od zapałek i robiło „radyjko”), biedronki (kolega jadał), mrówki, osy, komary, żuki, mszyce, motyle, ważki, chrząszcze majowe, straszne szczypawki i największy koszmar osiedlowych krzaków

Czytaj dalej

Wardęga to pikuś

09 mar
2021

W latach 90 moja firma składała łódzką mutację Superexpressu. W łamaniu gazety największym problemem była jak zwykle treść. Czasem było jej za dużo i wtedy sekretarz redakcji cisł i upychał, skracał, upraszczał, aż materiał się zmieścił. Czytałem mu zdanie, a on cyk przymiotniki, długie czasowniki na krótsze, wiersze znikały szast prast. Czasem tekstu na kolumnie było za mało i wtedy, wtedy było inaczej. Można było wstawić jakiś obrazek, zdjęcie gołej panny, czy ni z gruchy ni z pietruchy jakąś krzyżówkę. Można też było wrzucić zapychacz z innego miasta. Janek (sekretarz redakcji) sięgał do szuflady i wyjmował coś, co wcześniej uznał za ciekawe z innych mutacji gazety. Tak było też owego razu, który będę pamiętać chyba do końca życia.

Tym razem do łódzkiego wydania trafiła notka policyjna z podkarpackiego. Córka prezesa aeroklubu oddawała swój wianek. Ślub, wesele w jakiejś wiosce pod aeroklubowym lotniskiem. Dziś przy takiej okazji kulminacja to pokaz sztucznych ogni, strzał z armaty czy występy jakiegoś znanego supportu sprzedawcy garnków. W pierwszej połowie lat 90 było bardziej przaśnie. Nie było fajerwerków tylko zimne ognie, a artyści jeszcze nie zeszli do poziomu kotleta. No ale pan prezes aeroklubu zamówił pokaz lepszy od sztucznych ogni. Skoki spadochronowe.

Czytaj dalej